Ghost in the Shell (2017) – recenzja filmu

Od premiery animowanego Ghost in the Shell minęło niemal ćwierćwiecze. Nie jestem ortodoksem, mangowo-animowym świrem, ale muszę przyznać, że Kokaku kidotai to pieprzony majstersztyk, idealny mariaż fabuły, akcji i artyzmu. Dzieło, które w żaden sposób nie traci mimo upływu lat, a wręcz mocniej je doceniam w zalewie może spektakularnych i sprawiających frajdę, ale płytkawych filmideł. Szmat czasu, a nikt do tej pory nie pokusił się o wersję aktorską tego cyberpunkowego klasyka. Czy brakowało technologii pozwalającej przenieść na kinowy ekran tak fikuśną materię? Czy też nikt nie odważył się zmierzyć z majestatem anime? W końcu znalazł się śmiałek czyt. szaleniec, w postaci Ruperta Sandersa, znanego mi z zupełnie niczego – tylko czy facet wyciągnięty z kapelusza i jego gwiazdeczka w osobie lukrowanej Scarlett Johansson są w stanie liznąć splendoru Mamoru Oshii i Masamune Shirowa i nie spłonąć w ich blasku? Ugh, to zależy…

Przede wszystkim tegoroczny GitS to luuuuuuuuźna adaptacja animacji z 1995 r. i wiem co mówię, bowiem na dzień przed przedpremierowym seansem, po raz któryś już w swoim życiu, z rozkoszą wciągnąłem oryginał. Historia związana stricte z postacią Major jedynie delikatnie muska tej z pierwszego Ducha. Natomiast jest tu sporo scen niemal żywcem wyjętych z anime i wyglądają obłędnie. Niektóre wydarzenia aż prosiły się o re-aranżację i wyszło to potwornie dobrze. Przy kilku ujęciach powtarzałem sobie w myślach – dokładnie to widziałem wczoraj, tylko że dziś jest nawet lepiej…  [EDIT] Właśnie odświeżyłem sobie GitS: Innocence i z tego tytułu również scenarzyści lajw ekszona nieco zapożyczyli…

Scenariusz tyłka nie urywa. Nie jest dramatyczny, ale też brak mu jakiejś aury tajemniczości (nie wiem jak to nazwać, może cybermistycyzmu) – mimo takowego wątku obecnego. Przy anime nie śmiałem oderwać wzroku od telewizora, coś autentycznie przykuwało mnie do ekranu, nawet w tych momentach, gdy czas zwalniał, a w kinie – kilkukrotnie chciałbym przewinąć do przodu. Mimo, że Shell v. 2k17 czerpie garściami z poprzedników, to inkorporowanie motywów z nich pochodzących ma charakter jedynie powierzchowny. Smaczki są fajne, ale niestety rdzeń tego systemu jest kapkę wypalony.

Mówisz Ghost in the Shell – myślisz Motoko Kusanagi, no i Batou musowo. Od początku nie byłem zwolennikiem obsadzenia roli Major przez Scarlett Johansson. Cukierkowaty pyszczek przylepiony do stonowanego i co by nie mówić, zimnego dowódcy Sekcji 9, powodował odrzucenie wszczepu. Ani nie mam zamiaru wylewać na nią wiadra pomyj, ani chwalić, bo i nie ma za co. Fajnie wypadł za to Pilou Asbaek jako mięśniak z wszczepionymi elektro-oczami, jak dla mnie to postać wprost skrojona pod niego. Podobnie Chin Han wcielający się w Togusę. Niekoniecznie łyknąłem Takeshi Kitano w roli Aramaki, niestety nie mogłem nie patrzeć na zwierzchnika jednostki przez pryzmat zamkowych heheszek.

Siłą anime z 1995 r. jest z pewnością obłędna, hipnotyzująca, wywołująca gęsią skórkę ścieżka dźwiękowa. Utwór Making of a cyborg to absolutne mistrzostwo, jak i wiele innych towarzyszących obrazowi, a stworzonych przez Kenjiego Kawaii. Aktorskiemu GitSowi akompaniują Lorne Balfe i Clint Mansell. Biorąc pod uwagę szczególnie to drugie nazwisko nastawiłem się na audiofilską ucztę pełną charakterystycznych, oryginalnych motywów. Tymczasem soundtrack jest zwyczajnie poprawny, owszem klimatyczny, ale po seansie nie zostało z niego pomiędzy moimi bębenkami zupełnie nic.

Z nowym Ghost in the Shell jest tak, że w ujęciu komparatystycznym, ten Ikar smaży się w ogniu zajebistości poprzednika. Jeśli poszukiwałeś godnego i przede wszystim wiernego przeniesienia anime do aktorskiego filmu, to nie tykaj tego tytułu kijem przez szmatę, mimo że Sanders wielokrotnie puszcza oko do fanów klasyka. Natomiast odseparowując się od legendy, tegoroczny Duch w maszynie to świetny cyberpunkowy akcyjniak. Ocieka wręcz strumieniami danych, obfituje w efektowne sceny, genialnie oddaje przesiąknięty technologią świat. Uważam, że warto zobaczyć, o ile potrafisz zachować bezpieczny dystans.

Sprawdź również

Sędzia Dredd w nowym serialu telewizyjnym

Po nieodżałowanej klapie niedawnego filmu Sędzia Dredd miał już nie powrócić na ekrany. Co prawda …

1 komentarz

  1. Michał

    Pamiętam, że czytałem kiedyś tę mangę i strasznie, ale to strasznie mnie wymęczyła.

Dodaj komentarz