Kill Command recenzja mini

Kill Command – recenzja filmu

Kill Command, Identify albo Komenda: Zabij – na takie tytuły możecie natknąć się w związku z pełnometrażowym debiutem filmowym Steve’a Gomeza. Trzeba przyznać, że nie powalają one finezją i nie zwiastują złożonej intrygi czy intelektualnej uczty. No i w porządku, reżyser i scenarzysta w jednej osobie od początku gra w otwarte karty i pokazuje swoje intencje. Produkcja ta nie jest zobrazowaniem większej kampanii, to raczej taka jednostrzałowa przygoda bez zobowiązań i jako taka sprawdza się znakomicie.

Kill Command recenzja 2

Fabuła zabiera nas do niedalekiej przyszłości przesyconej technologią, a już w szczególności dotyczy to branży militarnej. Zetknięcie korporacji zajmującej się robotyką z wojskiem nie wróży nic dobrego. Grupka żołnierzy z jednostki specjalnej zostaje wysłana na poligon by odhaczyć kolejne dwudniowe ćwiczenie. Tym razem ekipie towarzyszy firmowy technik – jajogłowa blondynka zintegrowana sprzętowo z cybernetycznymi systemami. Ta niemal hybryda człowieka i maszyny wzbudza niepokój wśród żołdaków. Na miejscu okazuje się, że rutynowy sprawdzian zmienił się w śmiertelnie niebezpieczny eksperyment z udziałem prototypów botów bojowych zdolnych do nauki i wyciągania wniosków.

Kill Command recenzja 1

Nic odkrywczego, prawda? Nie szkodzi. Kill Command to bardzo przyjemne kino klasy B. Może i sztampowe, ale solidnie wykonane, a tam gdzie kuleje kliszowość i płytkość skryptu, wkracza ciekawy koncept elektronicznych mordulców i klimat. Jestem fanem motywu buntu maszyn i lubuję się w Terminatorach czy wytworach Molocha z gry fabularnej Neuroshima. Strasznie mnie takie klimaty jarają. Komenda: Zabij to taki mój mokry sen, choć niestety nie był to koszmar, a jedynie taka mroczniejsza fantazja. Brakuje trochę atmosfery polowania na ludzi, tudzież pojawia się ona epizodycznie. Roboty z pierwszej linii są nieco nieporadne w swoim utylizacyjnym fachu, dopiero jednostka dowodząca przyprawia o gęsią skórkę. Z drugiej strony to całkiem realne założenie – projekt jest dopiero w powijakach, w jego ramach funkcjonuje zarówno mechaniczne mięso armatnie, jak i mózg wydający rozkazy.

Kill Command recenzja 3

Aktorsko również jest nieźle, choć i nie wiadomo czego do odgrywania nie ma. Grupka żołnierzy to taka erpegowa drużyna. Jako, że nie ma czasu na tworzenie tła fabularnego dla każdej z postaci, mają one po prostu wyeksponowane pewne wady i zalety. No, ze dwóm, może trzem specjalsom poświęcono nieco więcej uwagi. W sumie nie było sensu wchodzić w szczegóły – śpieszmy się kochać bohaterów, tak szybko odchodzą. Efekty specjalne przyzwoite, trzymają poziom. Muzyka plumka w tle i tyle.

O ile roboty niższej generacji to takie elektroniczne pokraki, o tyle cyber-mózg to manifestacja cyfrowego zła. Design tego wytworu to majstersztyk. Autor konceptów – Fausto De Martini nie kryje inspiracji maszynkami DARPA i Boston Dynamics. Jego Multiarm to, szczególnie po zdjęciu osłonki pyska, skurwol wzbudzający u mnie te same odczucia, co stalowe monstrum z Hardware. Szkielety z Terminatora nie są godne wiązać mu rzemyka u sandałów.

Kill Command może tyłka nie urywa, ale to naprawdę dobry, klimatyczny film. Jak na dzisiejsze realia, może trochę zbyt oldskulowo nakręcony, ale ja lubię ten VHSowy posmak.

Sprawdź również

Sędzia Dredd w nowym serialu telewizyjnym

Po nieodżałowanej klapie niedawnego filmu Sędzia Dredd miał już nie powrócić na ekrany. Co prawda …

Dodaj komentarz